Zachodniopomorska Rada Olimpijska

Get Adobe Flash player

 imagegen   W tym roku minęło równo 10 lat od igrzysk olimpijskich w Pekinie, gdzie szczecińscy sportowcy po raz pierwszy stanęli na najwyższym stopniu podium, wywalczyli złote medale i tytuły mistrzów olimpijskich. Do dziś żadnemu sportowcowi ze Szczecina nie udało się jeszcze tego powtórzyć.

Igrzyska olimpijskie w Pekinie wywoływały wiele kontrowersji. Chiny to był kraj łamiący prawa obywatelskie, jednak część osób była zdania, że igrzyska mogą wpłynąć na poprawę sytuacji w kraju, czego dowodzić miało np. złagodzenie przepisów dla zagranicznych korespondentów.

Chińscy decydenci stanęli przed nie lada wyzwaniem, jednak mieli świadomość, że utrzymując władzę w kraju totalitarnym można poradzić sobie z niemal każdą przeszkodą. Gorzej, gdy radzić sobie trzeba z zagranicznymi przybyszami, w stosunku do których drastycznych form nacisku stosować już nie można.

Polscy sportowcy jeszcze przed wylotem do Chin spotykali się w kraju z licznymi formami nacisku, by zaprotestować na arenie sportowej przeciwko wielu naruszeniom w kraju organizującym igrzyska.

 

Szantaż emocjonalny

Doświadczyła tego między innymi Monika Pyrek – szczecińska tyczkarka, która w programie telewizyjnym „Teraz My” została niemal przyparta do muru przez redaktorów: Sekielskiego i Morozowskiego i poddana moralnemu szantażowi. Sportowcy biorący udział w igrzyskach składają ślubowanie, a w Chinach zostali pouczeni, by w żaden oficjalny sposób nie wyrażać własnych poglądów politycznych.

– Igrzyska są świetną okazją do politycznych protestów i niemal zawsze w mniejszy lub większy sposób stanowią znakomitą do tego okazję – mówił Marek Kolbowicz, złoty medalista w wyścigu czwórek podwójnych w wioślarstwie. – To sprawa bardzo złożona. Czy sportowiec powinien wyłączyć się i skupić jedynie na sportowej rywalizacji? My widzieliśmy w Chinach miejsca, których telewizja nie pokazywała. To były miejsca przerażające, jakie trudno sobie wyobrazić. Pekin czy Szanghaj to te lepsze Chiny, ale te prawdziwe znajdują się na obrzeżach wielkich miast, gdzie bieda, głód i ubóstwo raziły swoją autentycznością.

Była za brzydka

Dyskusję na całym świecie wywołało również zdarzenie z otwarcia igrzysk, gdy okazało się, że Lin Miaoke, dziewczynka śpiewająca podczas ceremonii otwarcia igrzysk, wyłącznie udawała, zaś słyszany przez wszystkich głos należał do siedmioletniej Yang Peiyi, która nie mogła zaśpiewać, gdyż według organizatorów „była za brzydka”.

– Uroczystość otwarcia znacznie różniła się od tych, w których wcześniej uczestniczyłem – wspomina Kolbowicz. – Oczywiście przeprowadzona była z ogromnym przepychem, ale brakowało tej spontaniczności, entuzjazmu. Miało się wrażenie, że publiczność jest stłamszona, pozbawiona autentycznej radości.

Marek Kolbowicz jechał na igrzyska do Chin z jednym jasnym postanowieniem. To były już jego czwarte igrzyska, na których miał w wieku 37 lat sięgnąć po największy sukces. Polska czwórka podwójna, w której składzie płynął jeszcze jeden wioślarz AZS Szczecin Konrad Wasielewski, była niepokonana od 2005 roku. Wygrywała wszystko, co się dało, włącznie z zawodami o mistrzostwo świata.

– Doskonale wiedzieliśmy, jak mamy przygotować się do występu pod względem mentalnym – opisuje Kolbowicz. – Wszelkie rady różnych psychologów, którzy uświadamiali sportowcom, że zawody na igrzyskach to zupełnie inna impreza, wkładaliśmy między bajki. To były takie same zawody, jak każde inne, tylko o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. My jednak w trakcie finału o tym nie myśleliśmy.

Lekkie zaniepokojenie

Lekkie zaniepokojenie przyszło wiosną 2008 roku, kiedy „Dominatorzy”, jak ich określano, znaleźli pogromców w zawodach o puchar świata.

– Absolutnie nie uznawaliśmy naszych porażek jako ważnych sygnałów o spadku formy – tłumaczy po latach Kolbowicz. – Byliśmy akurat na takim etapie przygotowań, że mogliśmy znaleźć pogromców. Nasze występy ponadto nie były aż tak bardzo złe, bo plasowaliśmy się na drugim i trzecim miejscu.

W Pekinie wszyscy oczekiwali od naszych wioślarzy złota. Polska reprezentacja nie miała na swoim koncie zbyt wielu medali, dlatego z tym większymi nadziejami oczekiwano startu wioślarzy.

– Czuliśmy na sobie presję, ale absolutnie nas to nie deprymowało. Skupieni byliśmy tylko na starcie.

Pamiętali o Atenach

W składzie czwórki było dwóch doświadczonych wioślarzy – Kolbowicz i Adam Korol. Oni pamiętali pechowy finał sprzed czterech lat w Atenach, pamiętali też, że również przed tamtymi igrzyskami stawiani byli w gronie faworytów, bo jechali do Grecji jako dwukrotni medaliści mistrzostw świata.

– Nie zaniedbaliśmy niczego – wspomina Kolbowicz. – Sam finał był praktycznie od samego początku do końca pod naszą kontrolą, a ja już na 600 metrów przed metą wiedziałem, że nikt nas nie dogoni.

Tytuł mistrza olimpijskiego oznaczał nie tylko splendor i chwałę. Po powrocie do Polski na naszych wioślarzy czekała chwila konsumowania sukcesu.

– Zapraszani byliśmy w wiele miejsc – mówi Kolbowicz. – To było miłe, ale przede wszystkim zobowiązujące. Chcieliśmy wykorzystać nasze pięć minut, bo nie zawsze zostaje się mistrzem olimpijskim. Wiedzieliśmy, że wioślarstwo nie stanie się z dnia na dzień tak popularną dyscypliną jak w Anglii czy Niemczech, ale chcieliśmy ją przybliżyć, pokazać, a jednocześnie pomóc samym sobie. ©℗

Wojciech PARADA

Fot. R. Pakieser

Partnerzy