Zachodniopomorska Rada Olimpijska

imageWe wtorek 2 czerwca swoje 75. urodziny obchodzi jeden z najlepszych sportowców województwa zachodniopomorskiego w powojennej historii Wojciech Matusiak. W plebiscycie „Kuriera Szczecińskiego” na najlepszego sportowca roku aż dziesięć razy plasował się w najlepszej dziesiątce.

W roku 1969 wygrał Tour de Pologne. Wygrał wówczas rywalizację w klasyfikacji generalnej, pokonując takich kolarzy, jak Zygmunt Hanusik i Ryszard Szurkowski. Czuł się na tyle dobrze, że postanowił wziąć sprawy w swoje ręce już na samym początku wyścigu. Na prowadzenie w łącznej klasyfikacji wyszedł już po drugim etapie i nie oddał koszulki lidera do samej mety. Nie udało mu się jednak triumfować w Nowogardzie, blisko domu.

 

– Chętnych do wygrania w Nowogardzie było bardzo wielu – wspomina W. Matusiak. – W wyścigu brało udział wielu dobrych szczecińskich kolarzy, ale wszystkich pogodził wtedy Rysiek Szurkowski.

Dwa lata wcześniej, w roku 1967, Wojciech Matusiak został indywidualnym mistrzem Polski ze startu wspólnego. Wyścig przebiegał ulicami pod Opolem. Zawodnicy mieli do przejechania osiem rund – każda kończyła się dość stromym 3-kilometrowym podjazdem.

Tytuł na ulicach Opola

Ostatnie kilkanaście kilometrów kolarze pokonali ulicami Opola. Na stadion pierwszy wjechał Andrzej Bławdzin. Miał około 50 metrów przewagi, ale dał się wyprzedzić całej grupie. Niespodziewanie na bieżni stadionu najlepszą pozycję wyrobił sobie Matusiak, który z łatwością wyprzedził Czechowskiego i Gawliczka.

Na drugi swój sukces w szosowych indywidualnych mistrzostwach Polski musiał czekać aż osiem lat. W roku 1975 był już uznanym kolarzem, olimpijczykiem, uczestnikiem Wyścigu Pokoju, triumfatorem Tour de Pologne. Matusiak znakomicie rozegrał wyścig taktycznie, na stadion wjechał jako pierwszy i kontrolował całą rywalizację aż do ostatniej prostej.

– Oglądnąłem się jeszcze w lewo, a Szurkowski wyskoczył z prawej strony. To było dla mnie duże rozczarowanie – zakończył Matusiak.

Wojciech Matusiak cztery razy uczestniczył w kolarskich mistrzostwach świata. Kilka razy był bliski medalu – nigdy go jednak nie zdobył. Po raz pierwszy przed taką szansą stanął w roku 1969. W drużynowym wyścigu na 100 km jechał w jednym zespole z Magierą, Stecem i Górskim.

Szwajcarzy lepsi o 8 sekund

Na czwartym miejscu niemal przez cały czas jechali Szwajcarzy. Drużyny startowały co trzy minuty, a za Szwajcarami wyruszyli bracia Petterssonowie ze Szwecji. Szwajcarzy trzymali się Szwedów do samej mety i przez to wyprzedzili Polaków niemal w ostatniej chwili o 8 sekund.

Rok później Polacy jechali na mistrzostwa świata w roli zdecydowanych faworytów. Nie potwierdzili jednak swojej dominacji.

– Duży błąd popełnił trener Łasak – ocenia W. Matusiak. – W ostatniej chwili do czwórki kolarzy dokooptował Lecha Kluja zamiast Magiery. Kluj był słabym kolarzem, odpadł od nas praktycznie po 30. kilometrze. Jadąc praktycznie w trzech, uplasowaliśmy się na szóstym miejscu.

Matusiak jechał w zespole z Szurkowskim i Stecem, ale najbardziej dla niego pamiętne mistrzostwa świata rozegrane zostały w roku 1973, zakończone historycznym sukcesem polskiego kolarstwa. Wyścig przebiegał ulicami Barcelony i w pewnym momencie sygnał do ataku dał Szozda. Za nim w pogoń udał się Szurkowski oraz Duńczyk i Francuz.

– Założenia przed startem były takie, że drużyna pracuje na Szurkowskiego, następnie na Szozdę, a potem dopiero na mnie – kontynuuje Matusiak. – Skoro w grupie znaleźli się dwaj pierwsi, to ja musiałem robić wszystko, by im się powiodło i tak też robiłem. Pilnowałem jednego Włocha, który pięć razy chciał oderwać się od peletonu i gonić uciekającą grupę, ale ja zawsze go „kasowałem”.

Szarża ulicami Barcelony

W prowadzącej grupie ton nadawał Szozda. To on też był inicjatorem ostatecznego ataku, po którym oderwał się Szurkowski, samotnie finiszując na wzgórzach Montjuc. Szozda przyjechał na linię mety drugi, a Matusiak piąty.

Dużą szansę na medal miała polska drużyna również w roku 1974. Mistrzostwa świata odbywały się w dalekim Montrealu, a polską drużynę tworzyli świetni kolarze: Szurkowski, Szozda, Mytnik i Matusiak. Z wyjątkiem Matusiaka wszyscy pozostali bronili złotego medalu wywalczonego w Barcelonie.

– Wszyscy spodziewali się, że powtórzymy sukces z Barcelony, tym bardziej że znów wyścig indywidualny przebiegał po naszej myśli – wspomina Matusiak.

W wyścigu indywidualnym wygrał Janusz Kowalski przed Szurkowskim, a czwarty był Szozda.

– W rywalizacji drużynowej byliśmy już kompletnie bez formy – ocenił Matusiak. – Każdy z nas podczas jazdy był senny, to był akurat najbardziej kryzysowy dzień po przyjeździe na drugą półkulę. Zajęliśmy dopiero 7. miejsce.

W Montrealu zaledwie rezerwowy

W roku 1976 w Montrealu rozgrywane były igrzyska olimpijskie, a Matusiakowi medal znów przeszedł koło nosa. Tym razem przegrał rywalizację o miejsce w czteroosobowej drużynie z Mieczysławem Nowickim, który dołączył do Szurkowskiego, Szozdy i Mytnika. Polacy zajęli wówczas drugie miejsce, a Matusiak musiał zadowolić się rolą rezerwowego.

– W mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich zawsze czegoś brakowało, by stanąć na podium – podsumował Matusiak.

Trzykrotnie startował w Wyścigu Pokoju. W roku 1970 zajął 9. miejsce w klasyfikacji generalnej, rok później został sklasyfikowany na 21. miejscu, a w roku 1976 na
34. pozycji. W tym ostatnim wyścigu pełnił rolę kapitana zespołu.

Wyścig Pokoju z roku 1970 przeszedł do historii jako jeden z największych sukcesów w dziejach polskiego kolarstwa, a jego współtwórcą był między innymi kolarz Arkonii Szczecin Wojciech Matusiak. Wyścig stał pod znakiem niespotykanej wcześniej dominacji jednego zespołu.

Triumf w Berlinie

W reprezentacji po raz pierwszy startował 25-letni wtedy Wojciech Matusiak, który był już kolarzem dość utytułowanym. Dwa lata wcześniej uczestniczył w igrzyskach olimpijskich w Meksyku, a w roku 1969 wygrał Tour de Pologne.

– W Wyścigu Pokoju miałem startować już w roku poprzednim – wspomina W. Matusiak. – Złapałem paskudną chorobę, która wyeliminowała mnie ze startu. Wygrałem na ostatnim etapie z metą w Berlinie. Założenia były inne. To miał być etap, w którym wygraną miał przypieczętować Szurkowski. Przed startem zagadnął mnie red. Gołębiewski z „Trybuny Ludu”, który był jednocześnie prezesem związku. Przypomniał mi, że finisz odbywa się na torze kolarskim, więc powinien być moim atutem. Wziąłem sobie uwagę do serca i zwyciężyłem.

Nigdy później szczeciński kolarz nie wygrywał już etapu w Wyścigu Pokoju. Wcześniej dokonał tego Rajmund Zieliński. Matusiak wygrał w roku i okolicznościach szczególnych. To była 25. rocznica kapitulacji hitlerowskich Niemiec na ulicach właśnie Berlina i działo się to na tydzień przed jego 25. urodzinami, czyli nieco ponad pół wieku temu.

Rok później polskim kolarzom nie udało się obronić pozycji w klasyfikacji drużynowej. Zostali wyprzedzeni przez ZSRR. Matusiak nastawił się na zwycięstwo na czwartym etapie prowadzącym z Międzyrzecza do Szczecina.

– Atak rozpocząłem już w Pyrzycach – wspomina Matusiak. – Gdy byliśmy już w Szczecinie, na ul. 5 Lipca doszło do kraksy, która mnie też nie ominęła. Byłem wściekły. Już nigdy później nie miałem okazji zwyciężyć w swoim mieście.

Holowali Szozdę do mety

Wojciech Matusiak po raz ostatni wziął udział w najważniejszej kolarskiej imprezie socjalizmu w roku 1976. To miała być próba generalna przed igrzyskami olimpijskimi w Montrealu i początek wyścigu wskazywał, że może się odbywać pod dyktando polskich zawodników.

– Byłem kapitanem drużyny, w której składzie byli tacy zawodnicy, jak: Szozda, Mytnik, Nowicki czy mistrz świata Kowalski – mówi W. Matusiak. – Role były jasno rozdzielone, cała drużyna pracowała na Szozdę, a w czasówkach miał się pokazywać Mytnik.

Pierwsza część wyścigu przebiegała zgodnie z wcześniejszymi założeniami. Na ziemiach czeskiej i polskiej Polacy byli najbardziej widoczną drużyną. Szozda wygrał cztery z dziesięciu etapów, a Mytnik 11-kilometrową czasówkę w Warszawie. Z pięciu polskich etapów aż cztery zakończyły się wygranymi naszych kolarzy.

– Staszek wygrałby jeszcze jeden etap – w Toruniu – przypomina W. Matusiak. – Nieszczęśliwie jednak uderzył nogą w barierkę. Była źle postawiona, takie niedbalstwo organizatorów. Była groźba, że wycofa się nawet z wyścigu, ale dotrwał do mety na drugim miejscu.

Polscy kolarze od tamtej pory mieli tylko jeden plan – doholować Szozdę do mety na medalowym miejscu w klasyfikacji generalnej. Udało się to, ale zabrakło już na trasie tej agresywności, przez co cały wyścig stracił atrakcyjność. Wyścig wygrał reprezentant NRD Hans Joachim Hartnick, który aż do ostatniego odcinka nie miał na koncie wygranego etapu.

– Miał być pierwszym kolarzem w historii wyścigu, który wygrałby bez zwycięstwa etapowego – mówi W. Matusiak.

Hartnick wygrał jednak na ostatnim etapie do Berlina, pieczętując dobrą jazdę szczególnie w drugiej fazie wyścigu.

– Przegraliśmy klasyfikację indywidualną i drużynową – wspomina W. Matusiak. – To był kres pewnej epoki. Ja już później nie startowałem w tak poważnych wyścigach. ©℗

Wojciech PARADA

Do życzeń dołącza się Zachodniopomorska Rada Olimpijska.